wtorek, 24 lutego 2015

Ani MRU mru



Kiedy napisałam post o Linii Maginota, wiele z Was uświadamiało mi ,że w Polsce coś podobnego istnieje. Owszem, wiem. Wiele, wiele ,wiele lat temu byłam, zwiedzałam , nawet te partie ,które nie są dostępny normalnemu turyście.
To MRU czyli Międzyrzecki Rejon Umocnień.

Ale wróćmy na chwilę do historii.

Po I Wojnie Światowej Niemcy utraciły Lotaryngię i Alzację na rzecz Francji ( do dzisiejszego dnia to tereny francuskie, tuż za granicą Luksemburga ) i od początku dwudziestolecia międzywojennego planowały zbrojnie odbić te mocno uprzemysłowione tereny. Jednak osłabione po wojnie, obawiając się odsieczy sowietów, na swojej wschodniej granicy budowały sieć umocnień militarnych mających być zaporą przed Rosjanami. To właśnie Międzyrzecki Rejon Umocnień ciągnący się od Dolnego Śląska po Wielkopolskę. W tym samym czasie Francja okopywała się w Lotaryngii, Alzacji aż po Belgię.
Czym się różnią ?!
Otóż w MRU to głównie grupy warowne ,bunkry i podziemne zbrojownie oraz magazyny żywności. Nie są ze sobą połączone. To zaledwie kilkanaście ,może dziesiąt kilometrów.
Na Linii Maginota sieć podziemna jest imponująca ponad 400 km korytarzy.
I o ile francuska sieć umocnień choć częściowo spełniła swoją funkcję, tam rozgrywała się ofenzywa
 zarówno niemiecka, jak i częściowo rosyjska, to na MRU walki się nie odbyły. Na jednym forcie, trwały bodajże 3 dni. Biorąc koszt ,nie tylko finansowy tego przedsięwzięcia - totalna katastrofa










Oczywiście MRU jest częściowo udostępniony do zwiedzania, wiele korytarzy jest zalanych wodą i przez to nielicznym dostępnym, za specjalnym zezwoleniem :) a częściowo rezerwatem nietoperzy....przez to też, częściowo ograniczonym dla pasjonatów :)
Ale jak widzicie - ja byłam. W czasach przed emigracją, przed małżeństwem ...przed całym odpowiedzialnym dorosłym życiem jakie przyszło mi wieść:)




środa, 11 lutego 2015

Potyczki z historią






Na Zachodzie bez zmian to treść depeszy z frontu I wojny światowej.  Ścielący się trup gęsto od tylu miesięcy stał się taką normą, że nie było o czym mówić. Wojna w okopach. Żeby uniknąć walki w błocie Francuzi stworzyli sieć umocnień i fortyfikacji dziś znanych pod nazwą ówczesnego ministra wojny Andre Maginota.
i to tam was dziś zabieram




Francuska doktryna  zakładała wyższość wojny defenzywnej- pozycyjnej nad działaniami ofensywnymi. Sieć umocnień miała być przeszkodą nie do pokonania dla ewentualnej agresji Niemiec na Francję. Jej długość wynosiła ok. 450 km, a budowa pochłonęła blisko 2,9 mld franków. Składała się z blisko sześciuset głównych obiektów bojowych, w tym grupy artyleryjskie i  grupy piechoty wyposażone w karabiny maszynowe.


Cytując Wikipedię:
Linia Maginota podzielona była na 3 główne strefy i rejony niezależne:
  • Metz (rejon północny) – rozciągał się na długości ok. 120 km i szerokości ok. 20 km – miał za zadanie osłaniać francuski rejon przemysłowy w Lotaryngii oraz potencjalne kierunki przemieszczania się wojsk nieprzyjaciela wzdłuż dolin rzek Nied i Mozela;
  • Lauter (odcinek środkowy między miejscowościami Rohrbach i Haugenau) – strzegł granicy na odcinku o długości ok. 80 km (znajdujący się w Alzacji) i szerokości ok. 15 km z rozbudowanym systemem zapór przeciwczołgowych i przeciwpiechotnych;
  • Belfort (rejon południowy), – strzegł szlaku komunikacyjnego między Jurą a Wogezami – miejsce to nazywano Bramą Belfortu lub Bramą Burgundzką.
  • Niezależne rejony umocnione Colmar i Strasbourg – rozlokowane były po lewej stronie Renu, w odległości ok. 2–4 km w pasie o długości ok. 70 km, składającym się z trzech linii fortyfikacji oraz kanałów Marna-Ren i Rodan-Ren; oraz tzw. strefę zaporową Sarre





Choć sama Linia Maginota pokładanych w niej nadziei militarnych nie spełniła. Niemcy szybko zajęli Francję omijając przez Belgię linię fortyfikacyjną, tam gdzie jednak do walk doszło była nie do przejścia. Do dziś pozostają najpotężniejszymi umocnieniami w historii. Udostępnionymi do zwiedzania, oczywiście.




Wycieczka podziemiami w temperaturze plus 10 st i sporej wilgotności, trwająca ponad godzinę, w tym jazda koleją podziemnią pokazuje rozmach i wojskową myśl. Poszczególne bazy były samowystarczalne, były magazyny, zbrojownie, sypialnie, nawet kaplica i szpital. Wszystko po ziemią. Załoga jednej bazy to nawet ...1000 osób....









Niewątpliwie unikat na skalę światową, w mojej ocenie, jedna z pozycji obowiązkowych w podróży w tę część Europy. Spotkanie z historią przez duże H. Dla zainteresowanych militariami prawdziwa perełka, dla pasjonatów historii mądra lekcja, dla turystów.... cóż może gdzie indziej widoki piękniejsze, ale zwiedzić możecie i milion miast, a niewiele osób może się poszczycić takim unikatem , w gruncie rzeczy też lekcją pokory. Bo nie ma nic straszniejszego niż wojna.

 
 
 
 
 
 


muszę też pochwalić się ,że to nie jedyny zespół umocnień wojskowych, który udało mi się zwiedzić.
Wiele lat temu nurkowałam !!! w MRU, Międzyrzeckim Rejonie Umocnień. Co było do tej pory największym wyzwaniem. Niestety mam tylko zdjęcia z zejścia :)
bo tym ,że historia staje się coraz większą moją pasją chyba już wam kiedyś pisałam

PS.
moje zdjęcia zrobione są w 2011 roku, kiedy nie śniło mi się być blogerką :)

co widać :))

poniedziałek, 2 lutego 2015

Liichtmesdag


Tradycje Luksemburskie. Liichtmesdag z francuskiego Chandalier, to religijne święto ,którego w Polsce zupełnie nie znałam. Nawet zdziwiłam się, że tradycja to religijna- na pamiątkę..
Szczerze to szukałam info jakie to katolickie święto wtedy, ale poza tym, że pierwotnie katolickie w luksemburskich annałach nic nie znalazłam :(
dajcie znać co też jest to za dzień 2 lutego

celebruje się go tak,że
dzieci chodzą z lampionami po domach, śpiewają piosenki i ...zbierają słodycze.
Prawie jak adwent i prawie jak Hallowen w jednym







Z reguły wędrując ze szkołą zahaczają o urząd miasta i burmistrza. Zawsze się śmieję, jak moje panny opowiadają  ,że Gaston to daje najlepsze słodycze.
 Ich kumpel Gaston , dla mnie Monsieur Bourgermester :))





Fajne jest to ,że lampiony są własnoręcznie przygotowane , rodzice sponsorują tylko baterie  :)






Liichtmesdag jest....bardzo lubiane i wyczekiwane przez dzieci. A Wy znaliście tą tradycję ? Chrześcijańska to tradycja...więc pytam, czy tylko mi nieznana ?!