poniedziałek, 30 listopada 2015

Porozmawiajmy o..... e-osobowości




Temat od Ewy
 "Brak prywatności w obecnych zinformatyzowanych czasach . W tym nasz blogerski ekshibicjonizm"

Internet jest medium, który niewątpliwie najbardziej ingeruje w sferę naszej prywatności.  Ale nie bez naszego udziału. Sami tworzymy swoje profile, dzielimy się informacjami, publikujemy zdjęcia, wypowiadamy na różne tematy.  Sami więc z prywatności rezygnujemy w momencie publikacji pierwszego wpisu czy rejestracji konta na Facebooku. Zachłysnęliśmy się social-mediami
Do pewnego stopnia kontrolujemy albo przynajmniej wydaje nam się, że mamy kontrolę nad tym ile ujawniamy w sieci. W ten sposób kreujemy swoją e-osobowość. Wizerunek ten do pewnego stopnia pokrywa się z tym jacy chcielibyśmy być ,a nie jacy naprawdę jesteśmy. Poprzez selekcję zdjęć , obróbkę fotoshopem  , zaplanowane sesje zdjęciowe z dbałością o detale naszej stylizacji. To przecież część prawdy.
Czasem jesteśmy zmęczone, miewamy wory pod oczami, odrosty, czy wygniecione ubranie, ale nie to przecież eksponujemy w sieci, nieprawdaż ?
Jesteśmy nadmiernie miłe, zgodnie z zasadą wzajemności , krytycznymi komentarzami obserwatorów sobie nie przysporzymy. Albo anonimowo rzucamy bluzgami.... nie zadając sobie trudu zakładania gdziekolwiek konta. Bo anonimowość mimo ,że jest ułudą rozhamowywuje.
 Autentyczność w sieci ? Czy jest możliwa ?
Chyba tylko w ograniczonym stopniu.
Jak bardzo ograniczonym ?
 Ano takim jak bardzo różni się nasz wewnętrzny wizerunek idealny od naszego postrzegania siebie i samoakceptacji.
W czasach kiedy internet raczkował , popularne były chat roomy. Mój przyjaciel zafascynowany nowymi technologiami z przejęciem tłumaczył mi, wiesz...mogę być jak Brad Pitt i spotykać co krok Jennifer Aniston! ( tak , tak bardzo zamierzchłe to czasy ... sięgają małżeństwa Rachel z Przyjaciół z pięknym Bradem)
tylko o ile dla  większości z nas tworzenie tak grubo szytej ułudy  przestało być zabawne, to zaczęliśmy dzielić się naszą prywatnością, naszym własnym wizerunkiem.

(pozwolę sobie pominąć fakt podszywania się pod czyjeś konto czy publikowanie zdjęć z cudzych wakacji )

i tu zaczyna się ekshibicjonizm. Publikujemy zdjęcia z wakacji, naszych zakupów, kosmetyków, swoje, naszych rodzin, zapraszamy do uczestniczenia w naszym życiu, dzielimy się przeżyciami czy wręcz dzielimy zmartwieniami. I nie ma co zaprzeczać to już ekshibicjonizm emocjonalny.
  Często też realnie zyskujemy wsparcie i przychylność i w tej atmosferze umieszczamy treści osobiste, ale warto pamiętać ,że poza innymi współ-blogerkami w świecie wirtualnym sporo psycholi, ludzi złej woli, i odsłaniając się ,narażamy się i na tych niepożądanych gości i pal licho jak tylko  bluzgają hejtem . I o tym warto pamiętać .
Ale ciekawszy wydaje mi się aspekt e-osobowości. Naszej medialnej obecności . Ponoć jesteśmy w sieci odważniejsi, mniej mamy zahamowań , łatwiej nam nawiązać znajomości czy wręcz wykreować swoje alter ego,podając fałszywe informacje, o zawodzie, osiągnięciach, relacjach .....plącząc się czasem między własną fantazją , a rzeczywistością. To już patologia ??
 Czasem może być  motywujące, szukamy lepszej, ciekawszej pracy, wsparci przez inne e-osobowości czujemy się zmobilizowani i pewniejsi siebie. I łatwiej osiągamy coś co dotychczas było w naszej strefie marzeń .
Gorzej, jak rozdwojenie jest destrukcyjne i przestajemy żyć off-line......uwikłani w nasz seconde life....Czy więc groźniejszy jest nasz ekshibicjonizm czy utrata kontroli nad treściami przez nas publikowanymi ?
CO o tym myślicie ???
 


PS. A dołączone zdjęcie jest idealnym przykładem ułudy jaką można stworzyć  przy pomocy obiektywu i fotoshopa :)





czwartek, 26 listopada 2015

Podróż za jeden uśmiech



Rok 2002. Świeżo upieczona absolwentka szanującej się uczelni. Dwie Matematyczki , też świeżo upieczone. Stary aparat typu SMIENA , na klisze . Kilka euro w kieszeni. Plecak , namiot , głowy pełne marzeń.
Dokładnie tyle wystarczy by spełniać swoje podróżnicze marzenia. . Daleko, nieprzewidywalnie, szalenie...

Moja podróż za jeden uśmiech, autostopem przez Europę.
Zaczęła się w .....Szczecinie 29 lipca 2002 roku.
 Tam wysiedliśmy z pociągu , nagabywani przez zaganiaczy kwater nadbałtyckich.
-Gdzie ?
-Nad Ocean !
-haahaha, a tak serio ?
- a tak serio to do Portugalii
- buhahahaha

Niemożliwe ?
A jednak !!!!
 Kilka ciężarówek, nocleg na holenderskim polu namiotowym i ......
31 lipca zwiedzaliśmy Amsterdam


  To nasze pierwsze doświadczenia z TIRami, bez problemu do kabiny mieszczą sie 3 spore plecaki, trzy dziewczyny i kierowca. Gorzej z TIRem, który nocą nie wyrobił na ciasnych uliczkach dojeżdżających do pola namiotowego. Utknął na którymś zakręcie....ale .......czego nie robi się dla fajnych dziewczyn, by ich nie wysadzić w szczerym polu..... wzywa drugiego TIRa, wyciąga naczepę  i odwozi na pole namiotowe......



Kolejną noc spędziliśmy w mieście, nieświadome, że te miasto słynące z rozrywek ...coffie Shopów i Dzielnicy Czerwonych Latarnii wymiera na noc... o 23.00 snują się tylko duchy....
Znalazłyśmy dwóch "obrońców" który oferowali nam nocleg u siebie w domu, a kiedy nie skorzystaliśmy ....poszukali skwerku  i przesiedzieli z nami do rana....donosząc z tego domu gorące kakao, herbaty i koce .......

3 Sierpnia należał do Paryża.....




Tym razem, nie znalazłyśmy dworca głównego ,żeby na czas zwiedzania zamknąć bagaże :)
buaahaaa teraz już wiem, że w Paryżu go po prostu nie ma :) dworce są na obrzeżach i wożą w określonym kierunku...jadąc ze wchodu na zachód miasto trzeba przejechać metrem :) innej opcji nie ma. Czemu jakoś Francusi w ogóle się nie dziwią ....





Oj delektowałyśmy sie tym Paryżem , delektowały....pierwszy raz wtedy zobaczyłam wielki FRAktal.....




Opuściliśmy Paryż koleją do Ramboullie , tam spod dworca zabrał nas inny Francuz, który sie niezmiernie ucieszył, bo jego "pani" była Polką ....przechwalał się,że jest producentem wina...buahaha....ale...miny nam zrzedły kiedy zabrał nas do siebie do piwnicy......Wielkie beczki wina. i nasze faux pas...
-Macie ochotę na butelkę wina ?
-Ależ oczywiście
-Jakiego
-Czerwonego
-Ale Burgund ? Bordeaux ?
-upssss półsłodkie
-???!!!!:/:/:/
                    Dam Wam dwie.
-Merci
-Z czego będziecie pić i czym otworzycie?
-???? z kubków....
-Dam wam kieliszki.......


Do dziś jak przyponem sobie te rozmowę i nasze nieobeznanie w kwestii win i kultury picia, która we Francji jest jak religia...to śmiać chce mi się. Kieliszki dowiozłyśmy i do Portugalii i do Polski :)





Żegnawszy Paryż dojechałyśmy do Bordeaux ...niestety zdjęcia nie wyszły...szkoda bo to piękne miasto
Nocowałyśmy w w/w domu u pewnego młodego Francuza, który nas zgarnął wracając z wakacji w Paryżu....
przygotował nam kolację... pamiętam, jak w trakcie posiłku wyszedł dogotować makaronu....miałyśmy taki apetyt..a to był pierwszy ciepły posiłek od początku wyjazdu....
Rano łapałyśmy stopa dalej by dotrzeć do .....



Madrytu !!!!
Po drodze jadąc z Helmutem, Niemcem, który nie lubił mentalności niemieckiej i ordnungu. A żonę- Hiszpankę poznał jeżdżąc stopem po Europie :) Droga była daleka, z między noclegiem w zajeździe pełnym kierowców TIRów, po kolacji na którą Helmut nas zaprosił śmiejąc się że w takim towarzystwie to się w tych knajpach nie jada ...a po niej zaprowadził nas na nocleg w góry....pod wiszącą skałę .....
Poranek z panoramą Madrytu....to było coś niesamowitego......
W Madrycie miałyśmy metę :) koledzy Magdy tam od kilku lat mieszkali i pracowali i nas zanocowali......i rano piękne,świeże i roześmiane zwiedzaliśmy te piękne, kipiące bogactwem miasto...6 sierpnia 2002 roku







Niestety, przyjęłyśmy zasadę jeden nocleg w jednym miejscu i czas było nam ruszyć dalej....w kierunku Porto. Nocą zwiedzałyśmy jeszcze hiszpańską  Salamankę, wtenczas europejskie miasto kultury z fiestą do białego rana..... by 8 sierpnia.... zadzwonić do Fransisco , że ....jesteśmy w Porto .
Fransisco to był poznany przeze mnie na Sylwestrze w Budapeszcie Portugalczyk, który się przechwalał że mieszka nad samym oceanem. ahahhahhaa
przyjechał po mnie sportowym samochodem...jak zobaczył nasz bagaż to ...wezwał posiłki :) i zabrał do swojego rodzinnego domu ...nad oceanem.



Te fotki to z Porto :)
potem przez lata miałyśmy slogan- a ja piłam porto w Porto......Najbardziej pamiętam z Porto glazurę na ścianach domów i ten most- dwupoziomowy , którego konstruktorem był Eiffel, ten od paryskiej wieży.
I to ,że w domu Fransisco było tak czysto,że my bałyśmy się ,że po kąpieli ubrudzimy ręczniki :)
a na propozycję prania naszych ubrań ...oddałyśmy tylko czyste :)
te brudne śmierdzące podróżą zawinęłyśmy w reklamówki i wystawiły na balkon....
ze zwykłego wstydu,że po ponad tygodniu podróży .....dobra domyślcie się.....

Uskuteczniłyśmy spacer po wietrznej oceanicznej plaży, udowadniając wszystkim obśmiewającym nas kwaternikom  ze Szczecina,że dotarłyśmy do Portugalii, nad Ocean !!!



A rano zwiedzałyśmy Guimaraes , pierwszą historyczna stolice Portugalii






By rano pożegnać gościnny dom i pojechać do .....Lizbony !




w Lizbonie pojechałyśmy do Cabo da Roca- najdalej na zachód wysunięty półwysep Europy.
Niestety aura nam nie sprzyjała i zobaczyłyśmy tylko mgłe




więc wróciłyśmy do deszczowej Lizbony i pospacerowałyśmy nadbrzeżem






Lisbona , to miasto zdecydowanie powinno znaleźć sie ponownie na mojej podróżniczej mapie....
A z niej ruszyliśmy na południe, na wybrzeże Algavre , które ja postrzegam za najpiękniejsze na jakim byłam.




Pomarańczowe piaskowce wystające z zimnego oceanu , piaszczysta plaża i ....


Francuskie wino pite uczciwie z kieliszków od naszego francuskiego na przylądku św Wincenta.....11 sierpnia 2002 roku.....

To tu zaczęłyśmy wracanie do domu, zahaczając o Sewillę... Gibraltar ....zdjęcia się prześwietliły :((((((

 i Barcelonę

Dotarłyśmy wieczorem pod Camp Nou- akurat 14-15 sierpnia rozgrywany był mecz z....Legią Warszawa ! Kibicowałyśmy na wielkich telebimach . Do dziś pamiętam wynik 0:3 dla drużyny moich marzeń FC Barcelony z Ronaldem Khumanem :))
a pod Sagrada Familia spędziłyśmy noc, otwierając co jakiś czas oko by patrzeć jak wschód słońca maluje poranek na piaskowcu katedry......niesamowite .......






La Rambla i Gaudi to wizytówki tego przepięknego miasta.....ostatniego na naszej drodze...zmęczone tymi szalonymi 2 tygodniami zapragnęłyśmy własnych łóżek, prysznica i regularnych posiłków..
A wszystko co zobaczyłyśmy i przeżyłyśmy wryło sie głęboko w naszą pamięć. Do dziś to jedna z najpiękniejszych przygód ,którą wspominam z rozrzewnieniem.....
Każda podróż się kończy ....

PS zdjęcia mają jakoś jaką mają, to czasy aparatów analogowych , a mój nawet nie był idiot-kamerą :)
w moim albumie z tej podrózy znajduje sie mnóstwo biletów z metro, pocztówek, map, zapisków....
typu "autostopista numero uno :) "
""je voudrais aller a Madrit etc...." numerów telefonów do naszych kierowców, gospodarzy itp itd.....
i choć czas wybarwia te fotografie, moje wspomnienia są żywe ...jakby podróż ta odbyła się ubiegłego lata , a nie.....13 lat temu........


niedziela, 22 listopada 2015

Spacer drugi



Ciągle ta sama listopadowa jesień. Ciepła, słoneczna, zachęcająca do spacerów. I Verdun. Po raz drugi. 
Tym razem od strony twierdzy  i starych nieczynnych już koszarów











swoją drogą to fajna ścieżka do biegania... :)









i wracamy do miasta , na londyńską przystań....
ale o tym może innym razem :)